|
Nie tylko dla
burżujów
Rozmowa z Elżbietą
Panas o sportowej
rywalizacji i
niedoborze kobiet w
Pamięta Pani swoje
pierwsze uderzenie?
Przede wszystkim
pamiętam rok 1988.
Przebywałam wtedy w
Stanach i któregoś
dnia przełączając
kanały w
telewizorze,
zobaczyłam taki oto
obrazek: stoi facet,
jest na ekranie sam,
a wokół niego, jak
okiem sięgnąć,
zieleń. Mężczyzna
patrzył na zmianę w
dół i w przestrzeń,
w dół i w
przestrzeń. Na
początku nie było
widać, że patrzy w
dół na piłeczkę
golfową.
Zastanawiałam się:
co on robi? To było
moje pierwsze
spotkanie z golfem.
W Stanach
wielokrotnie mijałam
pola golfowe, ale
nigdy nie
wchodziłam.
Uważałam, że to
sport dla bogaczy,
dla tych, co jeżdżą
Porsche. Pierwszy
reportaż o golfie,
już po powrocie do
Polski w 1994 roku,
zobaczyłam w
„Apetycie na
zdrowie”. Robiła go
Kasia Dowbor.
I pojawił się apetyt
na golfa?
No tak. Kupiłam
sobie za śmieszne
pieniądze podstawowy
zestaw siedmiu kijów
golfowych w
odpustowym
opakowaniu –
zielono-różowym z
jakimiś okropnymi
pomponami! Kupiłam
najtańsze buty za
dwadzieścia dolarów,
których podeszwa
odkleiła się przy
pierwszym deszczu. A
moje pierwsze
uderzenie? Nie
mogłam trafić w
piłkę! Wzięłam
wielki zamach,
użyłam kosmicznej
siły i pudło! Na
tych, którzy bez
wysiłku trafiali w
piłeczkę, patrzyłam
z zazdrością i z
myślą: ale się
popisują! Gdy
widziałam, że ktoś
gra w golfowej
rękawiczce,
myślałam: oh,
rękawiczkę sobie
założył, wymyślił
sobie! Traktowałam
to jako szpanerski
element dekoracyjny,
jako coś udawanego.
Kiedy pierwszy raz
przyszłam na pole w
Rajszewie, klub miał
około trzystu
członków. Byli to
sami cudzoziemcy i
kilku Polaków,
między innymi
Andrzej Strzelecki i
Wojciech Pijanowski.
Ale oni już dumnie
zjeżdżali meleksem z
pola, świetnie
ubrani, z porządnymi
torbami golfowymi, z
całymi zestawami
kijów. A ja taka
sierotka! Nawet się
wstydziłam wejść do
budynku klubu
golfowego.
|